Motto:
„Zali nie słyszysz jak się tu Duch stał już tylko słów igraszką. Wstrętnymi słów pomyjami rzyga on tylko” - Nietzsche ("Tako rzecze Zaratustra").

 

Współczesna polska subliteratura, aczkolwiek nie omieszkała przywdziać przyłbicy radosnej państwowo-twórczej, pomnikowania swoje wielkości i konstruktywnego rozmachu wszechstronnych zainteresowań, odsłoniła już i ukazała swe starcze, przeżyte oblicze. Polska intelektu oddała się „własnołożnie” ideologicznemu narządowi epoki saskiej, procesom „popuszczania pasa” i uporczywego wpatrywania się w pępek własnej bezdziejowości i gnuśnej, narcystycznej samoadoracji. Wzorem minionych stuleci świadomie importuje towar z intelektualnych baz Zachodu i Wschodu, wystawia niewypłacalne czeki kapitalistom obcej myśli, błogostanowo bzdżąc i zasmradzając patos własnej wewnętrznej prawdy. Obłapuje się kurczowo walizki naładowane literaturą zagraniczną, by jak nieuczciwy tragarz uciekać z nimi z peronu Kultury, gdzie obce przebiegają pociągi do swej koślawej chałupki intelektu. „Konkwistadorom” durna opinia wystawia alibi! I tu w kuźnicy frazesu, załgania i kabotynizmu kuje się z cynicznym sumieniem międzynarodowego złodziejaszka, „wspaniałe” i „polskie” podstawy dla wałacha literatury! Kuje się je zapamiętale probierzem swych poglądów, nie zważając na dogorywanie szkapska. Ludzie, dla których najdonioślejszym imperatywem jest esofloresowanie, naginanie, szlifowanie i obtłukiwanie niezliczonych podków, dopasowywanych cuchnącemu już już bezwładem śmierci obiektowi – to „golemy”, niezasługujące nawet na pogardę i szyderstwo.

Tak wizerunkują się kowale judokatolickiego personalizmu, zalecającemu swym wyznawcom bezwład i pokorę, konfesjonalny ekshibicjonizm, ukochanie własnej wegetacji, mdły estetyzm, ckliwy, zmysłowy sentymentalizm, patologiczną marszrutę bezjądrowców ku pustelni osamotnienia i psychoanalitycznej kontemplacji oraz całkowitą rezygnację z ambicji kształtowania własnej, męskiej woli twórczości. W ciasnym podwórku, w miazmatach pranych brudów, przeprowadzają familijne porządki suteryniści ducha.

Z podłoża wegetacji wytryska obezwładniający wpływ „geniuszów w spódnicach”. Kobiety, wyżywające się do syta w hermetycznym śmietniku personalistycznej nicości, okupując 60 procent literatury, wyszarzają do reszty jej tło.

O współczesnej literaturze mówi Ignacy Fik: „Żądać idei, tendencji, charakteru, sensu społecznego, odpowiedzialności społecznej od ludzi zajętych wyłącznie swoją chorobą i swoim skrzywieniem – byłoby rzeczą niestosowną. Toteż autorów wartościuje się skalą poziomu formalnego i talentyzmem”.

Dokonamy sumiennej wiwisekcji wnętrza literackiej rzeczywistości Polski. Przyjrzymy się jej organizmowi, jej ewolucyjnym procesom, jej muskulaturze i sercu. Należy zatem roentgenizować każdą potrawę, „pichconą” w kuchni naszej „literatury” przez kuchty i garkotłuki literackie. Spójrzmy jak „uliryczniają” oni trawienie polskiego konsumenta.

 

POEZJA CHWALCÓW I KABOTYNÓW.
Odpowiedzmy na trzy zasadnicze pytania: 1) W jakiej aurze wychowano współczesne pokolenie płodziwierszów? 2) Skąd wyprowadza swój ideologiczno-artystyczno-formalny rodowód „nasza” poezja? 3) Jakim jest jej nurt, środki, postulaty i osiągnięcia?

Klimat poezji rozgranicza trzy jej człony: poezję konstatującą, walczącą i ziszczającą, jak słusznie uszufladkował Iżykowski. Każdy rodzaj jest właścicielem istotnych zrębów tworzywa i na ich rusztowaniu rozbudowują się właściwości światopoglądu poety indywidualisty. Literatura jest bowiem promieniowaniem i rzutowaniem w abstrakcję elementów składających się na jaźń twórców. Twórca jest wykładnikiem literatury na forum dnia powszedniego – jego światopogląd, koncepcje i zagadnienia, jakie stwarza, realizują się vice versa na ekranie literatury. Ponieważ atmosfera polskiej ideologii grupy jest na wskroś spersonalizowana, jest więc przyczyną zaistnienia literatury wysterylizowanej, zmurszałej i zaślinionej kobiecym szlochem ułomności psychicznej. Energia, uwięziona w piersiach poetów sączy się kropelkami rynną masochizowania woli, awitalizmu popędów, próżniaczej nastrojowości i biernoty wobec potęgi życia, natury i historii. Wynika z tego, że poeta-personalista, hołdujący zasadzie: „ding an sich” przeżuwa, przetłacza i trawi nie tylko karm formalny swego kunsztu, ale także płody myśli ludzi, prekursujących nowe prądy i programy, ludzi uwieszonych i buforów kultury. W konfrontacji z nimi, smętnie przedstawia się rola polskiego parnasisty. Gapi się on po prostu na szybkobieżny pociąg i w chwili jego przebiegania usiłuje wskoczyć na stopień ostatniego wagonu. Tu właśnie, w tej nieruchawości, bezwoli twórczej, zapóźnienia, peryferyjności, żucia ekstremów pożyczek, plagiaryczności, wpływologii, strojenia się w cudze piórka, małpowatej modzie snobizmu i niewolnictwie dusz, kryje się najboleśniejszy czyrak subliteratury polskiej. Bierze ona swą najintymniejszą treść z rezerwuaru myśli obcej. Tym łożyskiem płyną „odwieczne” potoki bogurodzicznej i skargowskiej hagiografii, wynicowanie z układu biopsychicznego Polaka woli czynnej, siły i walki. Tedy wydobywają się gazy i jezuickie czkawki świętości, „odor sancititatis” piśmiennictwa okresu sasko-stanisławowskiego, jeremiadowego romantyzmu z jego mesjonistycznym wierzchołkiem, potulność i pruderia fin-de-siecle'istów, tchórzliwy egotyzm młodopolski.

Typ jednostki autarkistycznej, niepodległej słabości, wulkanizującej się w wyścigu dokonań, słowem typ np. Anglosasa został od podszewki wypruty na rzecz snoba, ekshibicjonisty, orgiasty kultu słowa i wodnistych koncepcyjek, pustego magika niesamowitości, masturbanta kwiczącego z rozkoszy na widok bioder, czy cycków, rupiecia nurzającego się po szyję w seksualizmie.

Smutna to, ale rzetelna prawda. Exemplum. Poeci „Skamandra”, urągający i zapluwający się w walce z poczuciem psychicznego imperializmu, jezusikowo-beskidzki „Czartak” p. Zegadłowicza, zwulgarniały w świństwach i spodleniu swego osobowego poetyckiego „ja”, „Zdrój” ekspresjonistów i czupurna brać rozpijaczonej i złajdaczonej bandy, zwanej „awangardą” (o ironio!), która w fetoryzmie (futuryzmie) zażywa kąpieli. Matecznik polskiej poezji, gdzie zmuszeni jesteśmy obcować z ślimaczą wegetacją, trawienną błogością w jej odbytowym stadium, zamienia się w grzęzawisko przeżuwaczy, psychopatów i cierpiętników z atrofizującą wolą. Na każdym kroku wdeptuje się w makabryczny mistycyzm schorzalców i śledzienników, w wyrafinowany kwietyzm i bezwolę.

Wyłuskanie korzeni genetycznych poezji polskiej jest zagadnieniem prostym. Wystarczy spojrzeć na nazwy kierunków, jakie zyskały prawo obywatelstwa na polskim wierszotwórczym ugorze. Wymienimy najgłówniejsze: futuryzm, kubizm, ekspresjonizm, dadaizm, surrealizm, prymitywizm, surrealizm, suprematyzm, konstruktywizm, homocentryzm, symultaneizm, integralizm, formizm, imaginizm, worteksizm, unanimizm i szereg innych. Najdoskonalej dokumentuje to, trywialne plagiowanie, raubritterstwo rozbuszowanych po cudzych ogródkach bufonów.

Nie ma miejsca w polskiej literaturze na sejsmograf kosmicznych zjawisk wstrząsających światem. Literatura ułatwiła sobie życie, rugując próby syntezy i tłumaczenia odbieranych zjawisk. Raczkuje niemowlęco tyłem do lamusa zakurzonej przeszłości, wydobywa przebrzmiałe i spróchniałe idee. Cała nasza literatura posiada jeden wspólny mianownik: wtórność. Nawarstwienia zabagnionej obczyzną literatury naszej, powstały z pożywki teorii naukowych (Einstein, Freud, Adler, Jung, Bergson, Mach, Avenarius, Jeans, Eddington, Sorel, behawioryzm, pragmatyzm itd.). Są to pigułki intelekto-pędne, gładko przełykana przez naszych grafo-pasożytów.

Z nieprzemyślenia i błazeńskiego podejścia wykwitły rodzime trawestacje pionierów obcej myśli. Wynaturzony irracjonalizm znalazł piewcę w osobie J. N. Millera, klajstrującego do kupy formułki swego uniwersalizmu. Witkiewicz przelicytował Freuda i Adlera w zbzikowanym monadologicznym pruralizmie. Jedynie ciekawa teoria prof. Chwistka, traktująca o „wielkości rzeczywistości”, nosi znamię samodzielnych przemyśleń. Przeżołądkowanie skarykaturowanych u nas problemów wydało u na świat teorie polskich mitorobów. Niedołężnie realizują się w poezji te czterojakościowe mity: proletariacki, pacyfistyczny, państwowo-twórczy i kulturalno-narodowy. Poszczególni poeci płaszczą się na około swych światopoglądów, balętając rozpaczliwie nożyskami dla utrzymania równowagi. Samołudzą się, rozdmuchują bezsensy i detale do kształtu programu, „rozbebeszają” wprost każdą komórkę w poszukiwaniu jądra i... po pewnym czasie wytężonej aktywności, wypuszczają z dłoni bryłę swego mitu w stanie nieobrobionym, prostym. Np. mit, „świętego proletariusza” kończy się na perswazjach piękno-duchowych (Piechal) i egzaltowanej neurozie (Wandurski, Broniewski, poezja pracy itp.).

Znaczną rolę na formowanie się dzisiejszego oblicza „wierszotwórstwa” wywarł Staff i jego epigoni (Wierzyński, Lechoń, Iwaszkiewicz), zapatrzeni w swoje małostkowe duszyczki, w senne pointy i rozbębnioną sławę. Pokrewni im Leśmian i irracjonaliści w wydaniu Witkiewicz plus Choromański nadwyrężają onanizmem słowa zdrowy sens, pławią się w magicznych gusłach i zblazowują się zachwytem nad „bestią duszy człowieka, którą należy rozdrażnić, aby zobaczyć, co ona uczyni”.

 

JANKIEL Z CYMBAŁAMI – REDIVIVUS!
Dziwolągowi polskiej „literatobzdury” przyszła w sukurs silna fala żydostwa – kamertonu ech zagranicznych. Na nędzologię poezji wywarli najsilniejszy wpływ, odgrywając rolę Jankielów-cymbalistów, dyrygowaniem katolickimi parobasami. Stwierdzamy, że pryzmatem polskiej liryki jest myśl semicka. Żydowski esprit rozpiera się dumnie na „polskim parnasie”, ukultywiając słabość i znikomość duszy, nihilizm twórczy i niepoczytalne koziołkowanie w podświadomość sennego marazmu. Kahalnicy zasugerowali lirykę swym talentyzmem międzynarodowej rozpiętości i pomni na „odwieczne” doświadczenia trzymają w swoich objęciach potulnego bydlaczka poezji. Chyba nie trzeba udowadniać, że poetycka czołówka, to jednocześnie elita żydoliryki. Np. Leśmian, Tuwim, Słonimski, Peiper, Jasieński, Napierski, Jastrun, Brzechwa, M. Braun, Ważyk, Stern, Wat i legion innych. Równolegle z nasiąknięciem żydoliryzmem uwidacznia się inwazja kobiet, a wszędobylski pierwiastek kobiecości cechuje całokształt literatury.

Z. Dębicki, pierwszy poszukiwacz źródła kryzysu literatury pisał: „Cały świat głodny jest dzisiaj miłości i wiary w życie, wiary w sens istnienia człowieka na ziemi... potrzeba dzisiaj literaturze i sztuce twórców męskiej sile i męskiej woli, o wielkich kochających sercach, którzy nie rozpływają się w ckliwym sentymentalizmie społecznym, umieliby się zdobyć na silne uczucie i współczucie dla człowieka i wskazaliby mu istotną drogę do odrodzenia, zastępując dzisiejszą pustkę dusz ludzkich nową i pełną ich treścią”. („Rozmowy o literaturze”).

Jasnym jest chyba, że semicki nurt duchowy płynący ślamazarnie korytem duszy Polaka-Słowianina, przyswojony mu przez kosmopolityczny system katolicki, nie odrodzi twórczo żadnej duszy polskiej! Bo wszelkie możliwe triki, figle, żarciki, szaleństwa i dziwactwa eksperymentalne w zakresie formy nie zrekompensują nigdy kołtuństwa idei, ugoru światopoglądów, duchowej kastracji polskiej subliteratury. Zawoalowała się oparami kadzideł, pokory i borykania się ze swymi śmiesznostkami. Splugawiła słabizną wegetacji i potwornym pomiotem zboczeń psychicznych. Lamenty na jej sprostytuowaniem nie zdadzą się na nic, póki absolut jej nie unieśmiertelni się w heroicznej postawie i twórczej mocy realizowanej w Narodzie. Jesteśmy tego świadomi, że literatura umiejscowiona w płaszczyźnie hedonistycznego sczeźnięcia zaropiałych światopoglądów, zawdzięczająca swój byt jarmarkowi nazwisk, gmatwaninie mętnologii, rozgardiaszowi hasełek i programacików, atwórcza i krótkowzroczna, zezująca z rozdziawioną gębą pod kiecką życia, uwiądła i bezwolna, jest zobrazowaniem krańcowego stadium paraliżu postępowego. Tej chorobie podlegają i inne dziedziny życia polskiego. W następnym numerze zajmiemy się dokładniej mętnym bajorem polskiej literatury i jej prozaistyki.



J. Bielski (właściwie: ? Niewiadomski)

1937 - 1939 © ZADRUGA Pismo Nacjonalistów Polskich
Redakcja projektu www.pnpzadruga.pl - Odolan z Gostynia
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος