Umieszczenie artykułu p. Suchockiego na łamach „Zadrugi” wyjaśnia poniżej przytoczony list – Red.

 

Szanowny Panie Redaktorze!
Po przeczytaniu artykułu w „Zadrudze” o moich uwagach poczynionych w „Marchołcie” nt. „Odrodzenia narodowego”, napisałem zaraz załączony artykuł i posłałem go do jednego z tygodników. Posłałem go tam dlatego, ponieważ 1) chciałem przyśpieszyć przez to jego ukazanie się, 2) miałem wątpliwości czy „Zadruga” zechce umieścić uwagi niezgodne z jej postawą, szukałem więc terenu w danych okolicznościach najbardziej neutralnego. Wspomniany tygodnik obiecał wprawdzie wydrukować artykuł, ale termin druku zdawał się umyślnie przeciągać in infinitum. Wobec tego artykuł wycofałem. Zapytuję się więc czy „Zadruga” nie wydrukowałaby załączonego artykułu jako dyskusyjnego. Jeżeli – nie, to bardzo proszę o jak najśpieszniejszy zwrot.
Z poważaniem.
M. Suchocki.


W sprawach poruszonych przeze mnie w artykule „Z tajemnic odrodzenia narodowego” („Marchołt” - lipiec 1938 r.) zabrały głos dwa pisma: „Odrodzenie – listopad 1938 i ostatnio „Zadruga”, marzec 1939. Pierwsze z nich martwi się, że jestem za mało chrześcijański, drugie zaś, że za bardzo. Nie od rzeczy więc może będzie, jeżeli tu, nie wdając się zresztą w szczegóły, dla dalszego wyjaśnienia mojej postawy pewne uwagi dorzucę.

Zacznijmy od „Odrodzenia”. Otóż autor artykuły streszczając swoje wywody przyznaje, że stwierdziłem w nim konieczność harmonii między drogą ofiary i drogą kultury. Gdyby więc dobrze był zastanowił się nad tym co stwierdzenie to znaczy to nie dawałby był swemu artykułowi tytułu: „Chrystus czy Caesar?” - ale zmuszony byłby mu dać tytuł „Chrystus i Caesar”, - a wtedy może uznałby pisanie artykułu w ogóle za zbyteczne. To jedno.

A teraz jeszcze kilka słów na temat stosunku kultury do religii i sposobów kształtowania przez religię fizjonomii kulturalnej narodu. Wydaje mi się, że pewne usługi może tu oddać porównanie wspomnianego stosunku ze stosunkiem, jaki zachodzi pomiędzy ogrodnikiem a oddanym jego pieczy ogrodem. Są różne metody prowadzenia ogrodów: francuski, angielski (mnie osobiście odpowiada raczej ten ostatni). Można strzyc i naginać powierzone swej pieczy rośliny mniej lub bardziej, aż do obrzydliwych zniekształceń włącznie. Cóż byśmy powiedzieli jednak o ogrodniku, który za największą swoją mądrość zawodową uważał odcinanie wszystkiego przy korzeniu względnie nawet wyrywanie wszystkiego z korzeniami? Cóż byśmy powiedzieli o takim hodowcy pustyń przygotowującym w najlepszym razie grunt pod najprzeróżniejsze chwasty? A jednak takim metodom zdaje się hołdować autor artykułu w „Odrodzeniu” i cały w ogóle kierunek myśli tzw. katolickiej reprezentowany przez to pismo. To też takim wielkim i szumnym słowom, jak: Dobro, Prawda, Piękno, Akt nic nie pomoże pisanie ich wielką literą, pozostaną one tym, czym są w ujęciu „odrodzeniowym”, w rzeczywistości, a mianowicie sztucznymi, papierowymi kwiatkami pozatykanymi na bezbrzeżnych obszarach Sahary. I dodać tu trzeba jeszcze jedno, a mianowicie, że ogrodnicy wspomnianego tu typu w swym zaślepieniu nie widzą przede wszystkim i tego, że podcinają gałąź, na której sami siedzą i dopiero nabicie sobie tęgiego guza przyprowadza ich czasem do przytomności, ale i to rzadko. Zawsze bowiem znajdą jakiegoś Kura, który jest wszystkiemu winien. Trzeba więc wybierać między rolą prawdziwego ogrodnika a dewastatora. Ten paniczny strach, z jakim pewne koła przyjmują każdą myśl o odrodzeniu słowiańskim, staje się coraz bardziej już pocieszny, doskonale bowiem odsłania ich bezradność wobec nazbyt dziś już oczywistej konieczności i nieodzowności takiego odrodzenia. Czego się tu ostatecznie bać. Pamiętajmy, że odrodzenie „pogańskiej starożytności” we Włoszech dało kościołowi najwspanialsze zabytki sztuki kościelnej, dało to wszystko czym dziś jeszcze kościół olśniewa świat. Trzeba się wyzbyć tylko pewnej małoduszności. Trzeba się wyzbyć tego wszystkiego, co podsunęło np. autorowi artykułu w „Odrodzeniu” użycie takich chwytów, które moralnie trudno skwalifikować, jak ten chociażby ze Słonimskim i Tuwimem.

Przejdźmy do „Zadrugi”. Pismo to stoi na stanowisku identyfikującym judaizm czy semickość z chrześcijaństwem, a nawet, na co już absolutnie się nie można zgodzić, z nauką Chrystusa taką, jak ona się nam zarysowuje na podstawie Ewangelii. Nie chcę tu rozpatrywać stosunku pierwszego, judaizmu do chrześcijaństwa, gdyż pojęcie chrześcijaństwa stało się bardzo rozciągliwe i każdy powołany czy niepowołany interpretator podciąga pod nie to akurat, co mu najbardziej w danej chwili dogadza. Zajmę się tylko stosunkiem judaizmu do nauki Chrystusa. Pomijając już to, co na temat zachodzących tu różnic dotychczas przekonywająco napisano, pomijając już uderzającą na pierwszy rzut oka przepaść, jaka dzieli Chrystusa od małodusznej postawy faryzejsko-judaistycznej, chciałbym tu podkreślić jeszcze pewne różnice dla mnie specjalnie przekonywujące. Sięgnijmy więc do przykazań, które przecież muszą stanowić najpewniejszy punkt oparcia, najbardziej obowiązujący jako ekstrakt nauki. Porównajmy takie dwa sformułowania: „Jam jest Pan Bóg twój...” i „Będziesz miłował Pana Boga twego...” Tylko ten, kto potrafi się wmyśleć w zasadnicze różnice, jakie zachodzą między obu przykazaniami, jest w stanie zrozumieć także dogłębne różnice, jakie dzielą judaizm od autentycznej nauki Chrystusa. Jest ot ta sama różnica, jak dzieli statyzm od dynamizmu, podejrzliwość od zaufania, impotencję twórczą od twórczej mocy itd. itd. A teraz przykazanie drugie: „...a bliźniego twego jak siebie samego”. Interpretuje się słowa te różnie. Szuka w nich dla siebie sankcji, tak miłość bezgraniczna, bierna, wszystko wybaczająca, jak i bezgraniczny egoizm. Istnieje zaś, jak się zdaj, tylko jedna forma uprawnionej miłości własnej, a jest nią poczucie honoru, a więc pojęcie tak bardzo obce umysłowości judaistyczno-faryzejskiej. „Będziesz miłował bliźniego twego, jak ci honor nakazuje” - oto istny sens drugiego wielkiego przykazania nauki Chrystusa. Nie potrzeba tu jeszcze szeroko udowadniać, że tak pojęta nauka Chrystusa, a inaczej jej po prostu pojmować nie można, zbyt bowiem wyraźnie została sformułowana w głównych swych przykazaniach nie może stać w żadnej sprzeczności z tym, co nazywamy przełomem czy odrodzeniem słowiańskim. Dynamizm, zaufanie, twórczość, honor itd. - oto te znamiona, które cechować będą słowiańskie odrodzenie. Nie dajmy się więc zwieść fałszywymi pozorami. Nie dajmy się więc zwieść tym, że dzisiaj nauka Chrystusa zepchnięta została na plan dalszy przez jej komentarz sporządzony przez ludzi o wyraźnej, dualistycznej, azjatyckiej, judaistycznej konstrukcji duchowej. Nie dajmy się zwieść tym, że dzisiaj patent na chrześcijaństwo wystawiają przeważnie ludzie o wyraźnym semickim profilu duchowym. Czyż już nieraz nie było tak w dziejach, że Chrystus musiał walczyć o zwycięstwo swych zasad przede wszystkim wśród swoich „wyznawców”. Jeżeli dziś dochodzi do walki między Chrystusem a wszelkiego rodzaju faryzeizmem, to trzeba istotę tej walki uświadomić sobie jak najgłębiej, zwycięstwo bowiem autentycznej nauki Chrystusa będzie zwycięstwem naszym, zwycięstwem odrodzenia słowiańskiego, tak jak zwycięstwo odrodzonej we franciszkanizmie chrystusowości (Francisius alter Christus) było wstępem do wspaniałej epoki włoskiego odrodzenia.

Wreszcie kilka słów dotyczących już bezpośrednio samego odrodzenia słowiańskiego. Sięgnijmy tu do momentu powstawania państw słowiańskich. Otóż te elementy, które wówczas reprezentowały świadomość słowiańskiej państwowości, musiały walczyć przy realizacji swoich ideałów nie tylko z czynnikami zewnętrznymi (cesarstwo, polityka kościelna itd.), ale i z pewnymi oporami pochodzącymi z wewnątrz społeczeństwa słowiańskiego. Opory reprezentowały te elementy, którym nie odpowiadały wyższe formy życia kulturalnego, jakie zapowiadało silne państwo i które rade by były tkwić nadal w pewnym idyllizmie słowiańskim. Teokracja jest wszędzie taka sama.

Zamiast myśleć myśleć wraz ze swymi bohaterskimi królami i wodzami o budowie państwa czy imperium, ówczesna forma „personalizmu” słowiańskiego nakazywała fikać koziołki w noc św. Jana czy swarzyć się między sobą. Nie zaczynajmy więc odrodzenia słowiańskiego od tańców Kupały i w ogóle momentów drugorzędnych. Jest to bowiem najpewniejsza droga do kompromitacji najsłuszniejszej w świecie idei, kompromitacji na którą z upragnieniem czekają wszyscy wrogowie. Zadaniem odrodzenia słowiańskiego jest wprzęgnięcie idei słowiańskiej w rydwan polityki państwowej i kulturalnej jako niezawodnego i w dzisiejszych warunkach jedynego, silnego motoru.

Na zakończenie pragnę dodać, że oba omawiane tu artykuły nie zdołały w niczym osłabić mojej postawy, a raczej mnie umocniły w przekonaniu o słuszności wypowiedzianych w „Marchołcie” tez. Pomiędzy stanowiskiem identyfikującym polskość z katolicyzmem, a stanowiskiem głoszącym ich wzajemne wykluczanie się, zajmuję stanowisko trzecie jedynie, moim zadaniem, zgodne z nauką Chrystusa – a głoszące oboksobność, (jeżeli tak można powiedzieć), tych dwu elementów. Przy czym polskości nie można tu sterylizować ze słowiańskości, tak jak katolicyzmu z chrystusowości. Tak: „Oddajcie cesarzowi co cesarskiego, a Bogu co bożego” - to nie wybieg to wskazanie.

 

Mieczysław Suchocki

1937 - 1939 © ZADRUGA Pismo Nacjonalistów Polskich
Redakcja projektu www.pnpzadruga.pl - Odolan z Gostynia
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος