Nikt nie przeczy, że artyści plastycy w Polsce znajdują się ogólnie biorąc, w nędzy, jakiej w innych państwach nie doznają. Artyści tworzą, ogół jednak nie interesuje się ich twórczością i dzieł ich nie kupuje. Różni różnie tłumaczą ten stan rzeczy i spieszą z radami.

Jedni winę za wszelkie zło zwalają na hołdowanie przez artystów hasłu „sztuka dla sztuki”. Takiej sztuki publiczność nasza nie rozumie. Konsekwentnie żądają od artystów, by interesowali się sprawami życia aktualnego i tworzyli sztukę bardziej dostępną i dostosowaną do potrzeb duchowych społeczeństwa.

Inni za obojętny stosunek społeczeństwa do sztuki winią Państwo, które zlekceważyło tak doniosły dla kształtowania psychiki społeczeństwa czynnik kulturalny jakim jest wychowanie artystyczne. Krocząc niepojętymi drogami, państwo nasze stanęło na stanowisku, że sztuka należy do dziedziny zbytków i zniosło obowiązkową naukę rysunku w szkołach średnich, a budżet sztuki jak i innych dziedzin kultury ograniczyło tak, że pod tym względem znaleźliśmy się o wiele szczebli poniżej poziomu Jugosławii i malutkich Węgier. (My w tym stanie rzeczy widzimy i na tym odcinku wolę minimum egzystencji, produkt typu kulturalnego, stworzonego przez bierny, ażyciowy światopogląd katolicki).

W niepokoju o losy kultury narodowej rozlegają się nawoływania, by państwo objęło rolę mecenasa sztuki za przykładem innych państw, by wciągnęło artystów do twórczej pracy państwowej oraz zapewniło społeczeństwu, któremu grozi zdziczenie duchowe, warunki wychowania w kulturze estetycznej. Tego wymaga stanowisko mocarstwowe Polski.

Tymczasem jednak artyści nasi są jakby zawieszeni w próżni. Patrzą oni z zazdrością na minione epoki, kiedy sztuka była potrzebna, uwielbiana, a artyści szanowani, kiedy twórczość artystyczna nie była zbytkiem, a społeczeństwo i magnaci ją hojnie opłacali.

Rzeczywiście odległość między zagadnieniami sztuki nowoczesnej, a sprawami życia dzisiejszego stała się ogromną. Wprowadzenie przez niektórych artystów tematu społecznego do ich sztuki np. nędzy proletariatu itp. jest powierzchownym i raczej tylko modą, pozostaje bez zasadniczego wpływu na dzisiejszą postawę i styl artystyczny.

Jak indywiduum wydzieliło się ze społeczności z którą jeszcze w średniowieczu np. było zrośnięte i stało się samodzielnym i samowystarczalnym światem, podobny los przypadł sztuce: artysta chcąc wniknąć coraz głębiej w istotę elementów sztuki, rozluźnił więzy między nią a glebą ideową, która ją żywiła. Sztuka oczyszczona ze wszystkiego co nie było z jej świata, co nie było formą, linią, barwą, plamą, fakturą itd., żyje odtąd w coraz bardziej chłodnej atmosferze intelektualnych spekulacji, ogrzewana jedynie osobistym temperamentem jej twórcy. Jeszcze artyści nie stracili wiary w „czystość” sztuki, jako w jej sens ostateczny, jeszcze oryginalność indywiduum - artysty jest treścią jedyną w sztuce dozwoloną i cenioną; ale już dostrzec można u nich oznaki znużenia swym własnym i sztuki osamotnieniem, a może tęsknoty by oddać się idei ponadosobistej, by swym wysiłkiem artystycznym współtworzyć nową epokę, zarysowującą się na horyzoncie.

Wśród jej bezradności i szukania drug wyjścia rozlega się głos kościoła katolickiego, który jak przed życiem polskim w ogóle, tak i przed sztuką chce stanąć w roli zbawiciela, mesjasza. W tej mierze bardzo charakterystycznym wśród publikacji katolickich jest numer czerwcowy „Młodej Architektury”.

Przytaczamy z niego kilka znamiennych enuncjacji: „Sztuka może zmienić do głębi swoje oblicze pod wpływem wielkich idei”.

„Dziś nie może artysta być bezwyznaniowym, bezideowym”.

„Musi siebie samego wychować dla idei..., musi w coś wielkiego uwierzyć i o to do walki stanąć.”

Wyjaśniając ową wielką ideę „Młoda architektura” pisze dalej: Artyści epok Wielkiej Sztuki „żyli wiarą w przewodnie ideały narodów”; jako epoki zaś Wielkiej Sztuki wymienia się Egipt, Grecję, Romańszczyznę i Gotyk.

Jeśli zaś idzie o ideał przewodni polski „Młoda Architektura” widzi go w katolicyzmie, który „zaczyna coraz głębiej wchodzić w życie jako integralna część światopoglądu narodowego”.

Tu nas ogarnia zdumienie.

Artyści epok Wielkiej Sztuki tj. Egiptu, Grecji, Romańszczyzny, Gotyku „żyli wiarą w przewodnie ideały narodów”. Stwierdzamy, że jeśli idzie o Egipt i Grecję, nie było sprzeczności między myślą religijną i narodową (zostaniemy przy tym określeniu, choć w owych czasach o narodach w naszym pojęciu jeszcze mowy nie było). Bogowie byli opiekunami narodu i państwa; bywało, że królowie byli ich kapłanami. Zdarzało się też, że bogom innego narodu cześć oddawano o ile należeli do narodu zaprzyjaźnionego. Jak narody, tak i bogowie walczyli ze sobą (1. Zupełnie inaczej ma się sprawa z katolicyzmem. Bóg katolicki chce być bogiem i władcą wszystkich narodów i ludzi, choć wiele narodów nic o nim nie wie. Nie ulega wątpliwości, że wielka sztuka Egiptu i Grecji nie służyła Bogu Jedynemu, Jehowie, który był bogiem plemiennym Żydów i narodowi swemu wybranemu obiecał panowanie nad wszystkimi narodami i bogami świata.

A fałszem jest, jakoby sztuka Romańszczyzny i Gotyku jemu służyła. Siłą twórczą bowiem, co dała życie sztuce średniowiecza, była dynamika duszy rasowej młodych, barbarzyńskich narodów, przyjmujących z dziecinną wiarą jako prawdę to, czego ich uczyli ci, którzy zapanowali nad nimi. Z naiwną też zawziętością usiłowali przyswoić sobie ideały obcego ich naturze ducha. Budowali w nabożnym zachwyceniu swą „Civitas Dei”, katedrę średniowieczną. Sami może nie spostrzegli, jak z ich rąk tworzących ciepła, ziemska krew ludzka spływać poczęła i ożywiać zdematerializowane postacie portali katedralnych. Ciała zastygłe pod ornamentem fałd giąć się zaczęły i poruszać; ich twarze w wytężeniem wpatrzone w wieczność niezrozumiałą zwróciły swe oczy ku światu; a szaty ich płynące zrazu w harmonijnym rytmie, poruszały się niespokojnie, łamiąc się i unosząc jakby w powiewie, którego pęd wzrastał, aż silnym porywem jako wicher reformacji przeszedł przez Europę. Wówczas dorosła dusza północnego człowieka spotkała się z swą krewniaczką z antycznej Grecji. W renesansie nowoczesny człowiek stawiał swe pierwsze, samodzielne kroki. Odtąd już nie może być złudzeń co do tego, skąd sztuka żywotne soki swe czerpie. Kłamstwo i histeria barokowych świątyń jezuickich już nie zdoła zatuszować głębokich rozbieżności między namiętnościami nurtującymi w żywych duszach, a negującymi życie ideałami chrześcijańskimi. Nie ma epok wielkiej sztuki chrześcijańskiej. Są wprawdzie dzieła sztuki, z których tchnie wiara ich twórców w ideały chrześcijańskie, ale nie są one do pomyślenia w oderwaniu od tła ogólnych zainteresowań i prądów artystycznych , które z natury swej zawsze były „świeckimi”. Natomiast w twórczości niektórych wielkich mistrzów nie brak śladów wstrząsów i walk wewnętrznych między pędem twórczym, a narzuconym mu i niezgodnym z nim ideałem. Najbardziej widomym tego dowodem w dziejach sztuki jest postać Michała Anioła. W tych starciach i walkach wewnętrznych artystów widać drogę prowadzącą do „czystej” sztuki czasów dzisiejszych, będącą „celem samym w sobie”. Od wizji plastycznych, ponadzmysłowych treści i zdarzeń artysta zwrócił oczy ku ziemi, ku człowiekowi, ku przyrodzie. Wzrok jego, z początku nieśmiały, z uwagą i wzrastającą miłością wchłaniał piękno i prawdę tego świata. Oczami swymi artysta zdobył i przeniknął świat i przetworzył go w sztukę.

Czy dziś, kiedy człowiek i sztuka stoją na progu wielkiego przełomu ku nowej epoce, możliwym jest rozwinięcie się wielkiej sztuki opartej o ideały katolickie? Jeśli gruntem, z którego wyrosła sztuka romańska i gotycka nie były ideały chrześcijańskie lecz dusza rasowa narodów północnych, przysłonięta tylko treścią wierzeniową, podawaną przez wszechwładny kościół, to tym bardziej, dziś – nawet w skatoliczałej Polsce – ideały chrześcijańskie okażą się niezdolne do natchnienia impulsu twórczego w człowieku. Albowiem wszelka twórczość znajduje pole działania jedynie w świecie życia doczesnego i najgłębszym sensem jej jest spotęgować to życie, w które wstąpiła; nie zaś przyjmować je jako zło konieczne, jedyną jego zaletę, widząc w trudnościach jakie ono nastręcza, których przezwyciężenie pomnożyć ma zasługi i szczęście duszy nieśmiertelnej, pragnącej jedynie zbawienia wiecznego, poza tym życiem. To więc, co jest istotnym żywiołem sztuki, w ideałach chrześcijańskich nie znajdzie żadnej pożywki. Jeśli rozwijała się twórczość artystyczna pod rządami światopoglądu chrześcijańskiego (lub jemu podobnych), to wbrew niemu i wbrew jego ideałom. W owych to czasach człowiek, krępowany w swoich pragnieniach życiowych przez panujący system, znajdował możliwość wyżycia się w twórczości artystycznej. Sztuka służyła kultowi religijnemu, była łożyskiem, w które skierować mógł swój pęd twórczy i zaspokoić wrodzoną tęsknotę do spotęgowania i spełnienia jego życia.

Jest rzeczą zadziwiającą, do jakiego stopnia zdolność myślenia chrześcijanina została sparaliżowana przez przyjęcie światopoglądu, który uczy człowieka widzieć wrogość między „duchem i materią”. Stąd całkowite nieporozumienie co do natury pędu twórczego w człowieku. W procesie ewolucyjnym sztuki średniowiecznej np. oczy chrześcijańskie dopatrują się „zwycięskiego zmagania się ducha z materią”, czyli zrealizowania w sztuce ideałów chrześcijańskich. Dzieje sztuki i rozwój wypadków historycznych powinny być ich „dziś” już czego innego nauczać.

A jednak jest sztuka katolicka. W naszych czasach zaistniał styl katolicki tak czysty, jakiego się w innych okresach nie znajdzie. Jest urzeczywistnieniem w sztuce idealnej postawy katolickiej niemal całkowitym. W sztuce tej nie ma żadnej innej tendencji, poza tą, by w widu wywołać stan uciszenia i pogrążenia w kontemplacji tajemnic świata „duszy”, niewysłowienie dalekiego od wszelkich niepokojów i porywów tego życia. Postaciom jej obce są uczucia i uniesienia ziemskie. Nie ma w nich owego napięcia duchowego, tak charakterystycznego dla postaci z katedr średniowiecznych. Nie ma tu też nic z intuicyjnej nieomylności w posługiwaniu się środkami artystycznymi jak np. u artystów wczesnego średniowiecza, albo wspaniałej swobody w rozporządzaniu nimi w w okresie Odrodzenia i później. W sztuce katolickiej użyte są one z umiarem, z wyrozumowaniem, prawie z wyrachowaniem.

Na gruncie polskim styl katolickie najczyściej reprezentowany jest w rzeźbach Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej, acz nie wszystkie jej dzieła i nie zawsze całkowicie, dadzą dadzą się podciągnąć pod to pojęcie. W Niemczech widzimy go w pracach szkoły Beurońskiej. (Pomijamy produkty artystyczne poza tematem, nic nie mające wspólnego z postawą katolicką i te, które służąc pewnym zapotrzebowaniom kultu religijnego opierają się o łatwe wzory konwencjonalne).

Jak się stało, że właśnie w naszych czasach mógł zaistnieć w sztuce styl katolicki?

Sztuka w ciągu wielowiekowego procesu rozwojowego wyzwalała się spod dyktanda wszelkich wartości pozaartystycznych. Dziś wzruszenia artystycznego artysta doznaje w komponowaniu sztuki z jej własnych wyłącznie elementów strukturalnych, dziś dopiero posługuje się nimi, świadom ich zupełnej niezależności. Temat lub przedmiot są dla niego tylko pretekstem do osiągnięcia „wyrazu artystycznego”. Sztuka doszła do granic, poza którymi już ani sztuki ani życia nie ma.

Dzięki temu rozwojowi jednak odsłoniła się artyście istota budowy sztuki i rozpoznane zostały wydzielone z niej treści pozaartystyczne, między innymi też katolicka treść wierzeniowa. (Podobny zresztą proces odbył się też w dziedzinie nauki). Wobec osiągniętego oczyszczenia sztuki możliwym się stało posługiwanie się jej środkami estetycznymi i ich „wyrazem artystycznym” dowolnie, jakby narzędziem. Z tego narzędzia skorzystała postawa katolicka i za pomocą jego, rękami utalentowanego artysty zdołała stworzyć monument swojego ducha. Dziś widzimy oblicze światopoglądu katolickiego ukształtowane w sztuce: „wzniosłe”, upojne widzeniem świata prawd odwiecznych, niezmącone niepokojem twórczym właściwym człowiekowi miłującemu życie. Jest tu wszystko skończone, „materia” opanowana przez „ducha” całkowicie. Uderza w nich to, jak tłumienie życia doprowadziło do odwrócenia go tak, że człowiek, dla którego życie jest czystym, patrząc na te dzieła, odczuwa niesmak.

Stojąc wobec tych objawów postawy katolickiej w sztuce, zastanawia się człowiek i szuka co by w nich jeszcze mogło możliwością rozwoju. Oto sztuka katolicka znajduje się w podobnej sytuacji jak „sztuka dla sztuki”. Dla sztuki jako „cel sam w sobie” krok dalszy w dotychczasowym kierunku – o ile by był możliwym – oznaczałby unicestwienie sztuki. Sztuka katolicka zgodnie z jej dążeniem do światów pozazmysłowych rozwinąć by się mogła konsekwentnie tylko w jednym kierunku, mianowicie zbawienia wiecznego, czyli zejść z planu świata zjawisk. Jest absurdem twierdzenie, jakoby sztuka oparta o ideały katolickie mogła być „nowoczesną”, czyli zgodną z duchem czasu, jak się od niej domagają heroldowie „zdrowych zasad katolickich”. Sztuka katolicka mogła powstać w pewnych określonych warunkach, ale rozwinąć się nie zdoła; jak się nie rozwinęła sztuka „Nazarejczyków”, którzy prze przeszło 100 laty, po wstrząsach wielkiej rewolucji i wojen napoleońskich zapisali swe dusze katolicyzmowi w nadziei, że on sztukę ówczesną natchnie nowym życiem. Ale katolicyzm zawiódł. Podziemne prądy artystyczne płynęły w inną stronę, a sztuka ówczesnych „braci św. Łukasza” wnet skostniała, żadnych nowych pędów nie wypuszczając. Wroga „sprawom doczesności” postawa katolicka może i będzie czynić usiłowania by być „postępową”, tzn. pójdzie z „postępem”, do postępu jednak się nie przyczyniając. Zawsze tylko niby pasożyt czepiać się będzie wszelkiego nowego życia i na nim żerować, jak to przez tyle wieków dotąd czyniła. Ale i pasożytowanie w przyszłości już możliwym nie będzie. Albowiem duch czasu dąży ku wielkości. Postawa zadrużna nowego człowieka nie pozwoli mu zerkać ku nagrodzie po śmierci za swe „cnoty” i „dobre uczynki”, ni drżeć przed „potępienie wiekuistym”. Heroiczne pojmowanie życia widzi sens jego w spalaniu się w wysiłku twórczym zgodnie z nakazem wewnętrznym włożonym przez Stwórcę w duszę człowieczą. Nagrodą jedyną jest radość tworzenia. Zadrużna postawa jest bezinteresowna wobec wieczności, jej moralność, nieszukająca nagrody, o niebo przewyższa ideały etyczne dusz katolickich, ubiegających się i targujących przez całe życie o zbawienie wieczne. Heroiczne ideały nowej zbliżającej się epoki, nowe drogi i nowe horyzonty odsłonią nowej sztuce zadrużnej.

„Młoda architektura” omawiając zagadnienie kościoła w urbanistyce, stwierdza z żalem i stwierdza słusznie, że usytuowanie kościoła w miastach nowo czesnych jest zupełnie przypadkowe, jak zwykłej kamienicy czynszowej. Atoli zamiast z faktu tego niezaprzeczalnego wyciągnąć jedyny wniosek, jaki się nasuwa, że mianowicie chrześcijaństwo, mimo wszelkich rozpaczliwych wysiłków zainteresowanej kasty kapłańskiej, przestało być centralnym zagadnieniem dla dzisiejszego człowieka, „Młoda Architektura” domaga się świadomej kompozycji miast, gdzie kościół jako miejsce kultu religijnego, w którym się wypowiada „walkę doczesności” byłby dominującym akcentem; „dom boży” musi znów wrosnąć w organizm urbanistyczny, jak wrośniętym był w wiekach średnich. Ale te nawoływanie kaznodziejów katolickich łącznie z „Młodą Architekturą” nurtu dziejów nie odwrócą. W nadchodzącej epoce potrzeba kościołów kamiennych w ogóle przestanie być odczuwana. Domem bożym, w którego budowie i sztuka swój udział weźmie, będzie Wielkość Narodu, a kultem religijnym twórczość w Narodzie.

 

a-ka (właściwie: Janina Kłopocka)


(1 Chęć widzenia w systemach religijnych starożytności prekursów duchowych chrześcijaństwa jako potwierdzenie i dowód głębokiej prawdy ideałów chrześcijańskich, okaże się – po odsłonięciu i stwierdzeniu istotnych podobieństw i związków między nimi a chrześcijaństwem – katastrofalnym dla chrześcijaństwa i jego szermierzy. Ale temat ten nie należy do niniejszego artykułu.

1937 - 1939 © ZADRUGA Pismo Nacjonalistów Polskich
Redakcja projektu www.pnpzadruga.pl - Odolan z Gostynia
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος