Jednym za zasadniczych elementów chrześcijaństwa jest jego negatywny stosunek do świata zewnętrznego; przesłanka zaś, z której ten stosunek bezpośrednio wypływa mieści się w nauce eschatologicznej chrześcijaństwa. Człowiek – według niej – jest stworzony dla żywota przyszłego, dla świata innego niż ten, w którym nam żyć przypadło. Między tymi dwoma światami nie ma związku, raczej wrogość, jak między Bogiem a Szatanem, między duszą a ciałem (zasadniczy dualizm chrześcijański). Rzeczy tego świata, sprawy ciała. Stosunek wzajemny płci, urządzenie ziemi, cywilizacja, twórczość w najszerszym tego słowa znaczeniu nie tylko nie przyczyniają się do zapewnienia szczęśliwego życia przyszłego, ale pochłaniają sobą uwagę i energię człowieka, są dla niego przeszkodą. Niebo jest przyznane wyłącznie tym, którzy najdalej odsunęli się od ziemi, żyjąc na niej, względnie najmniej doznali radości ziemskich.

Ten negatywny, antyżyciowy stosunek do świata i wszystkich jego spraw, występuje już w pierwszych księgach, które zapoznają nas z mitem chrześcijańskim, w ewangeliach. Nie będziemy powtarzali ośmiu błogosławieństw chrystusowych, przyrzeczonych w zaświatach tym, którzy są najmniejszym i najlichszymi na tym świecie. Zwróćmy uwagę na Marię i Martę. Marta krząta się zapracowana, Maria siedzi i kontempluje i o niej powiedziano, że lepiej wybrała niż tamta. Wszelką wątpliwość pod tym względem przecinają słowa: „Nie skarbcie sobie skarbów, które rdza niszczy, mól pożre i ogień spala”; „nie troszczcie się o to. Co byście jedli lub pili lub czym byście się odziewali.”

Element negacji świata i jego sprawa zaznacza się jeszcze wyraźniej u Pawła z Tarsu, którego Klabund nazywa słusznie pierwszym papieżem i pierwszym ojcem kościoła. Ten głośny teoretyk i programator chrześcijaństwa, który swą osobą i nauką zepchnął w cień wszystkich innych apostołów, a poniekąd nawet Chrystusa, mówi, że „umrzeć jest mu zyskiem”. Dochodzi w końcu logicznie do tego, że pannom radzi nie wychodzić za mąż, bo „czas jest krótki” i „lepiej służyć Panu”.

Te zasady nie pozostawały bynajmniej teorią, jakby się wydawać mogło. Pierwsi chrześcijanie brali je całkiem poważnie. Tak poważnie, że w miarę rozszerzania się sekty chrześcijańskiej u pogan rosło zaniepokojenie o losy społeczeństwa. Stąd też zrodziło się u nich oskarżenie pod adresem chrześcijan, że są wrogami rodzaju ludzkiego. W rzeczy samej gdyby ród ludzki przyjął chrześcijaństwo integralne na pół wieku i realizował je w całej pełni, nie idąc na jakiekolwiek kompromisy ze światem, nie tylko zamarłaby twórczość, ale człowiek przestałby istnieć. Najidealniejszym bo najkonsekwentniejszym chrześcijaninem był ów mnich egipski, który w słusznym ze swego, tj. chrześcijańskiego stanowiska mniemaniu, iż nawet jedzenie i chodzenie do osiągnięcia zbawienia nie są konieczne, usiadł pod drzewem i spoczywał bez ruchu, nie przyjmując jadła i napoju, czekając na wyzwolenie „z ciała, tej śmierci”! do którego za Pawłem z Tarsu tęsknił każdy prawdziwy chrześcijanin.

Religia tak antyżyciowa, jaką jest chrześcijaństwo, mogła pojawić się na widowni tylko w epoce dekadencji i znaleźć przyjęcie tylko u ludzi skazanych na rezygnację z wartości tego życia. Istotnie, przez dwa pierwsze wieki wyznawcami chrześcijaństwa byli niemal wyłącznie niewolnicy, a czas w którym ukazała się ta sekta, był erą rozkładu cywilizacji grecko-rzymskiej.

Ten rozkład chrześcijaństwo nie tylko spotęgowało, ale nie dopuściło do odrodzenia się starożytnego świata. Nową cywilizację na gruncie grecko-rzymskim, opartą na pozytywnym stosunku do życia i świata i dlatego niechrześcijańską, stworzyły przybyłe z zewnątrz lud pogańskie.

Chrześcijaństwo, ugruntowane na olbrzymich obszarach państwa grecko-rzymskiego, zdołało zniszczyć jego dorobek kulturalny i przerzedzić populację, ale nie umiało obronić go przed natarciem nielicznych przecież i źle uzbrojonych ludów z północy. Nic dziwnego, skoro ideałem chrześcijanina był pustelnik – tak dalece, że dawny spichrz Rzym, Egipt, przemienił się w wieku IV i V w olbrzymią kolonię pustelników, przybywających z Grecji, Włoch i Galii. Potomkowie Peryklesów i Katonów ulegli semickim sugestiom i woleli w bezczynności „zbawić” swoje dusze niż organizować państwo i zbawiać swoje narody.

Ale w negacji życia tkwił wyrok śmierci także dla chrześcijaństwa. Stąd bardzo wcześnie zjawiają się kompromisy ze światem, który odtrąciło się w założeniu. Można powiedzieć, że dzieje chrześcijaństwa są dziejami ustępstw i kompromisów z tym, co się potępiło jako zło. I tak organizacja kultu, przyjmowania form obrzędowych religii antycznych, adaptacja filozofii greckiej, tworzenie hierarchii zachłannej i ambitnej, zabiegi o państwo kościelne i samo to państwo, trzywiekowa wojna z cesarstwem rzymsko-niemieckim o tzw. inwestyturę, w gruncie rzeczy o władzę w znaczeniu politycznym, mecenasowanie sztuce w epoce renesansu, spóźniona encyklika „Rerum novarum”, regulująca stosunki w świecie pracy - to wszystko było odstępstwem o zasady, że „jednego potrzeba”, tj. zbawienia duszy w niebiesiech ustępstwem na rzecz ciała, świata i życia doczesnego.

W czasach naszym katolicyzm pod wpływem olbrzymich przemian i naporów zewnętrznych idzie na ustępstwa większe i głębsze niż kiedykolwiek w przeszłości. Zjawisko to będziemy nazywać dynamizowaniem, albo lepiej, zeświecczaniem, sekularyzacją katolicyzmu. Jest ono tak charakterystyczne, zwłaszcza dla naszego kraju, że należy poświęcać mu stale uwagę.

Cokolwiek by się mówiło o renesansie katolicyzmu, faktem jest stałe zmniejszanie się jego zasięgów od czasu reformacji. Przy tym zważyć należy, że o ile jeszcze reformacja była korekturą katolicyzmu, to nowsze prądy , jak socjalizm, wywiesiły hasło zepchnięcia go do spraw osobistych, a najnowsze (nacjonalizm) odmówiły mu w ogóle prawa do istnienia. Zainteresowania ludzi od czasów renesansu szły coraz bardziej ku ziemi, z czym łączył się rozwój techniki, socjologii, nauk przyrodniczych. Już nie tylko wpływy, ale stan posiadania kościoła począł się gwałtownie kurczyć. Najwidoczniej ludzie przestawali wierzyć, że jedyną sprawą godną zabiegów jest zbawienie duszy w zaświatach. Kościół zorientował się, jak zwykle dość późno, ale się zorientował. Rozpoczęła się idąca coraz dalej akcja zeświecczania katolicyzmu. Jej koryfeuszami są, m.in. we Francji Gratry i Maritian, w Niemczech Kettler i Gaudig, na Węgrzech Prohaska, u nas K. Górski.

Najszczerzej, naszym zdaniem, zbyt szczerze, za mało dyplomatycznie, jeżeli idzie o udanie się akcji – wyjaśnił potrzebę zeświecczenia katolicyzmu Andrzej Niesiołowski w III-cim „Verbum” z r. 1938. Zbyt wielka szczerość w motywowaniu akcji stoi w związku z tym, że p. A.N. nie jest Jezuitą. Jezuita postarałby się bowiem o takie sformułowania, by one nie zaniepokoiły katolików tradycyjnych, czułych na punkcie czystości doktryny.

Może wynika to stąd , iż p. Niesiołowski, jak to podało w swoim czasie jedno z pism, należy do jednego z dwudziestu tajnych zakonów katolickich w Polsce, a mianowicie do O.O. Dolorystów.

Ale może p. N. nie orientuje się po prostu codo tego, że zeświecczanie katolicyzmu prowadzi do jego negacji. Tok rozumowania katolickiego publicysty jest następujący: „Od czasów Chrystusa nie było już i nie będzie też z pewnością żadnych zupełnie nowych, zasadniczych celów dla rozwoju duchowego człowieka. W zestawieniu z kwestią zbawienia duszy wszystko inne będzie zawsze kwestią podrzędną.” Niestety, katolicyzm wypuścił z rąk cugle ludzkości, która poszła za innymi bogami. Cóż pozostaje? „Katolicyzm..., chcąc się znowu zgłosić z pretensjami do rządów nad światem, a ma on do tego prawo w myśl swej powszechności, musi z zasobów swych nieprzebranych skarbów ponadczasowych prawd zasadniczych wytworzyć jakąś ideologię aktualną, która się włączy w problematykę epoki i nawiąże do potrzeb duchowych dzisiejszego człowieka.” Jak widzimy, zdaniem A. Niesiołowskiego katolicyzm nie jest włączony w problematykę epoki i nie nawiązuje do potrzeb duchowych dzisiejszego człowieka. Bardzo cenne wyznanie i najzupełniej się z nim zgadzamy. Myśmy wyszli z tego samego punktu. Ale podążmy wprost przeciwną drogą, zdaniem naszym jedyną, którą można obrać po takim stwierdzeniu. Skoro bowiem katolicyzm nie tkwi w problematyce epoki i nie nawiązuje do potrzeb duchowych dzisiejszego człowieka, to stąd wynika tylko to, że jest on trupem, że należy go poniechać i naprzód iść z żywymi. Ale katolicki publicysta, jak i jego koledzy nie mógł pójść tą drogą jedynie zgodną z rozsądkiem, gdyż zdaniem jego „od czasów Chrystusa nie było i nie będzie żadnych nowych celów dla rozwoju duchowego człowieka”. Tak oto dwa tysiące lat temu w pewnej wiosce żydowskiej w Palestynie zdecydowano, że rozwój duchowy człowieka kończy się na tym co tam powiedziano. I dlatego Niesiołowski, Gauding , Maritain i dziesiątki innych w różnych punktach globu i czasu wolą zaprzeć się rozsądku i sprzęgać negację z afirmacją, niż pozostawić to co umarło własnemu losowi.

Śledziliśmy jednak z najszczerszą ciekawością, jak dynamiści (sekularyzanci) katoliccy usiłują wskrzesić czcigodną mumię. Recepta jest nam znana. Należy „wytworzyć ideologię, która” itd. Główne punkty tej ideologii są następujące:

Pierwszym i najważniejszym jest nieśmiertelna dusza ludzka, przeznaczona do zbawienia w wieczności, wobec której losy ziemskie są nic nieznaczącym epizodem.

Drugim, Bóg osobowy sprawiedliwy, który nam swą wolę objawił.

Jak dotąd jesteśmy w mateczniku katolicyzmu: nieśmiertelna duszyczka, kąsek dla zaświatów, wobec której wszystko inne jest niczym i Bóg osobowy który „za dobre nagradza i za złe karze”, a wolę swą nam objawia. To jest, istotnie, całe chrześcijaństwo. Można rozwijać myśli w tych założeniach zawarte, ale nie można dodawać do nich nowych założeń takich, które by stały w sprzeczności z pierwotnymi. A oto tak właśnie czynią sekularyzanci (zeświecczacze) katolicyzmu, wysuwając jako trzecie założenie „uspołecznienie człowieka”, a jako czwarte „uznanie pozytywnej wartości świata, przewagi dobra i praw duszy ludzkiej do rozwijania danych jej uzdolnień ziemskich".

Pomijając na chwilę trzecie założenie, przypatrzmy się czwartemu. Jeżeli pierwszym założeniem dynamicznego katolicyzmu jest uznanie nieśmiertelności duszy ludzkiej, z którego wynika „obowiązek jej zbawienia jako pierwsze zadanie człowieka”, jeżeli wobec tego zadania ziemskie losy i ziemskie sprawy są „nic nieznaczącym epizodem”, to wysunięte w czwartym założeniu „uznanie pozytywnej wartości świata i praw duszy ludzkiej do rozwijania uzdolnień ziemskich” nie tylko nie ma sensu, ale stoi w oczywistej sprzeczności z pierwszym założeniem. Ponadto niech mi będzie wolno zapytać „Verbum”, jak może katolik uznawać pozytywną wartość świata i przewagę dobra na świecie, skoro Nowy Testament kwalifikuje świat jako domenę szatana, skoro Chrystus mówi bez ogródek, iż księciem tego świata jest szatan, że on, Chrystus, nie modli się za świat, a Jan, jego uczeń, apeluje do braci, by „nie miłowali świta ani tego co jest na świecie”, bo wszystko co na świecie jest, „jest pożądliwością ciała i pychą żywota?” Całe w ogóle założenie czwarte jest nie do przyjęcia dla tych, dla których ewangelie nie są tylko lekturą rozrywkową. Jest ono po prostu chęcią przestawienia zainteresowań tamtym światem na ten świat bez zrywania z tamtym światem, czyli każe wbrew Chrystusowi służyć dwom panom równocześnie.

Nic innego nie możemy powiedzieć o założeniu trzecim, o „uspołecznieniu człowieka”. Idzie tu naprzód o pewną jednolitość duchową, „której break ludziom z epoki indywidualizmu”. Byłaby to więc próba „gleichschaltowania” zanarchizowanych person katolickich. Następnie przez uspołecznienie rozumieją dynamiści stworzenie w jednostkach poczucia pewnej wspólności z grupą przez wyrzekanie się zysku osobistego na korzyść innych. Ale tak pojęte uspołecznienie nie wynika z pierwotnych założeń, nie uzupełnia ich, nie narzuca się nawet tylko jako pożyteczne. W rzeczy samej jest rzeczą całkowicie obojętną, czy zbawię swoją duszę jako członek społeczeństwa czy jako pustelnik, jako Polak czy jako Niemiec, w szeregu z innymi czy na osobniaka. W istnieniu pierwszego założenia grupa będzie zawsze tylko sumą jednostek, nieposiadającą jakiejkolwiek własnej wartości.

Jak widzimy, wysiłki dynamistów są próbą ożywieniu ideologii sprzed 2 tysięcy lat przez uzupełnienie jej nowymi założeniami, dostosowanymi, a raczej wywołanymi tzw. duchem czasu: próbą niepotrzebną, gdyż ideologia ta jest całością skończoną i zamkniętą i próbą nieudaną, gdyż nowe założenia stoją w sprzeczności z pierwotnymi. Pomimo to zdaniem „Verbum” personalizm – tak bowiem nazwano akcję zeświecczania katolicyzmu – ma szanse zapuszczenia korzeni w społeczeństwie polskim, gdyż jest ono przywiązane do katolicyzmu, posiada mało zracjonalizowaną wprawdzie ale świeżą religijność zwłaszcza w młodym swym narybku, nie chce „bezbożnych” totalizmów i szuka idei, która by je zjednoczyła, co najlepiej uczyni katolicyzm zdynamizowany.

Zdaniem naszym, jeżeli idzie o najbliższą przyszłość, należy liczyć się z powodzeniem personalizmu w Polsce. Horoskopy te jednak stawiamy z powodów zupełnie innych niż „Verbum”.

Wprawdzie mikstura, tak dalece pozbawiona koherencji wśród swoich składników jak personalizm, odstraszyłaby na pewno Anglików, ale nie zrazi ona Sarmatów do ścisłego myślenia mało skłonnych. Czemuż to jednak Sarmaci „polecą” na personalizm?Nie dlatego, że są religijni. Mówienie o religijności Polaków polega na nieporozumieniu. Nie można mówić o religijności narodu, który nie stworzył żadnego ruchu religijnego i nie zaważył w ogóle na budowie lub rozwoju żadnego z systemów religijnych. Mariawityzm, jedyna nasza herezja, swoją nieprawdopodobną naiwnością skompromitował nas jako polski ruch religijny. Od 350 lat mumifikujemy się w katolicyzmie, który nie wiem czy nazwać religią, gdyż nie jest on pełnym niepokoju szukaniem Boga w założeniu katolickim już znalezionego i posiadanego, ale systemem wierzeń statycznych, łatwym, jakby dostosowanym do natur leniwych i biernych, powierzchownym, niezmuszającym do wysiłków myślowych. Przez pełne dwa wieki (XVII i XVIII) naród polski wychowywanym był wyłącznie przez jezuitów w szkołach, a w kościołach przez księży o kwalifikacjach umysłowo-moralnych przeciętnie nijakich. Jeżeli jeszcze do XVI wieku widzieć można było w duszy polskiej przebłyski myśli, to następne dwa wieki, wieki panowania obłudnej bigoterii, fanatyzmu i oschłego formalizmu, dokonały na nieszczęsnym narodzie całkowitej duchowej kastracji.

Nie dzięki religijności naród polski przystępniejszym jest obecnie dla personalizmu niż inne, ale z przyczyn około których „Verbum” przechodzi, nie dostrzegając ich. Publicysta „Verbum”, mianowicie jest zaniepokojony faktem, że religijność młodego pokolenia łączy się aż nazbyt często z nacjonalizmem, że widać w nim tęsknotę do form i ideałów dalekich od usiłowań katolicyzmu. Otóż tu leży przyczyna, że młode pokolenie polskie nie tylko skłania się do zeświecczanego katolicyzmu, ale wywiera nacisk na miarodajne czynniki w kierunku dalszej „dynamizacji” tego systemu. Możemy nawet zakomunikować Czytelnikom, że istnieje grupa młodych ludzi, która postawiła sobie za cel dopingowanie zazwyczaj opieszałych i konserwatywnych mastodontów kościelnych i wysiłki tej grupy idą właśnie w kierunku 3go i 4go założenia personalizmu. Utkwienie w światopoglądzie katolickim nie pozwala im i młodzieży naszej zerwać z katolicyzmem, ani widzieć sprzeczności z katolicyzmem tradycyjnym a dynamicznym. Tu też leży przyczyna, że nacjonalizm naszej młodzieży jest jak gdyby w zarodku lub w fazie niemowlęctwa. Jeżeli czasem wzrasta i dojrzeje, to osobnik taki opuszcza szeregi katolickie.

Dla tej to młodzieży porażonej światopoglądem katolickim i religią niewolników, a z drugiej strony źle się czującej w jej ramach ciasnych i antyżyciowych, a jednocześnie porywanej z lekka nowym prądem przez świat idącym, prądem woli, mocy, twórczości, dla niej to wynaleziono personalizm, który w intencji może nieuświadomionej twórców ma pogodzić w jej duszy boga z diabłem, zaświat z światem, tęsknoty niebieskie z ziemskimi i last not last katolicyzm z nacjonalizmem; przy tym zachowując pierwotne zasady katolickie, nacjonalizmowi pozostawiono według znanej piosenki - „trochę niewiele”. Będzie zresztą sprawą Akcji Katolickiej czuwać pilnie nad tym, aby to „trochę niewiele” zanadto się nie rozrosło.

Mimo powodzenia personalizmu w najbliższych latach nie ulega wątpliwości, że w końcu nastąpi zorientowanie się, iż w personalizmie stare założenia kłócą się śmiertelnie z nowymi, iż była to łatanina niezgrabna dla zatrzymania wylatujących ptaków obmyślona. Wówczas horyzont się wyjaśni ta tyle, że nie będzie można okłamywać młodzieniaszków, iż nacjonalizm da się pomieścić w katolicyzmie, choćby inaczej nazwanym. Nie będzie to jednak tym samym równoznaczne ze zwycięstwem nacjonalizmu. Nie wiadomo bowiem, do jakiego stopnia szalejąca obecnie katolicka recydywa saska wyssie z narodu resztki niezależności, sił i ambicji twórczych. Wydaje się jednak być rzeczą pewną, że, jeżeli w ciągu 10-20 najbliższych lat jakaś siła wewnętrzna lub zewnętrzna (wojna) nie zahamuje lawiny wojującego głupstwa i małości, wówczas będzie można powiedzieć o Polsce to, co przypisuje się bez uzasadnienia historycznego Kościuszce: Finis Poloniae.

 

L. Ziemicki. (właściwie: Ludwik Gościński)

1937 - 1939 © ZADRUGA Pismo Nacjonalistów Polskich
Redakcja projektu www.pnpzadruga.pl - Odolan z Gostynia
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος